• 👇Scroll down for English 👇

    (czyli historia o tym, jak prawie spaliłam dom, straciłam włosy i chciałam się rozwieść)/(How I almost burned the house down, lost half my hair and nearly divorced my husband)

    Z perspektywy czasu widzę jedno:
    to nie zaczęło się w grudniu.
    To zaczęło się dużo wcześniej. Tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to „to”.
    Retrospekcja – kilka lat wstecz
    Po krwotoku i kontroli po kolposkopii poszłam prywatnie do ginekologa.
    Zrobił mi USG dopochwowe, spojrzał, zamyślił się i rzucił hasłem:
    „Pani pęcherzyki zanikają. Dzieci już raczej nie będzie.”
    Miałam wtedy 40 lat.
    I wiecie co?
    👉 Wzruszyłam ramionami.
    Bo:
    więcej dzieci nie chcę
    Trójkę dzieci już mam
    temat zamknięty, prawda?
    No nie.
    Temat dopiero się otwierał, tylko jeszcze o tym nie wiedziałam.
    Etap „okres jest, okresu nie ma”
    Przez kolejne lata okres zachowywał się jak nastolatek:
    raz był
    raz go nie było
    raz przyszedł „na chwilę”
    raz wcale
    Ale kto by się przejmował.
    Przecież:
    stres
    praca
    życie
    Anglia
    Normalne, prawda?
    No właśnie nie do końca.
    Rok temu: ból, który mnie zmiotł
    W zeszłym roku przyszedł ból, taki, że:
    usiadłam
    oddychałam
    i zastanawiałam się, czy to już koniec
    Nie „miesiączkowy dyskomfort”.
    Tylko ból totalny, fizyczny, bez dyskusji.
    Ale i to dało się jakoś zepchnąć:
    może torbiel
    może jednorazowe
    może znowu stres
    Kobiety są mistrzyniami w racjonalizowaniu sygnałów ostrzegawczych.
    Grudzień. I wtedy się zaczęło.
    Od grudnia dostałam pakiet premium:
    🔥 Uderzenia gorąca
    W środku zimy. Bez powodu.
    Piekarnik włączony od środka.
    🧠 Mgła mózgowa
    Taka, że prawie spaliłam dom, bo zapomniałam wyłączyć gaz pod garnkiem.
    Stoisz. Patrzysz. I nie wiesz, po co tu przyszłaś.
    💇‍♀️ Włosy
    Została mi połowa.
    I nie – to nie była zmiana fryzury.
    😴 Sen
    Zasypianie: świetne.
    Pobudka: 3–4 nad ranem.
    Mózg: „a teraz pomyślmy o wszystkim, co w życiu poszło nie tak”.
    I mój ulubiony numer: „to na pewno deficyt”
    Ponieważ cały czas pracuję nad ciałem, ćwiczę, pilnuję jedzenia, wkręciłam sobie:
    „To deficyt kaloryczny. Za mało jesz. To nie menopauza.”
    Logiczne?
    Logiczne.
    Błędne?
    BARDZO.
    Bo najgorsze dopiero przyszło.
    Myśli, które nie były moje
    Zaczęły się myśli destrukcyjne.
    Takie, których wcześniej nie miałam.
    Codzienne rozmowy z mężem zaczęły być nie do zniesienia.
    Jego decyzje:
    doprowadzały mnie do szału
    wywoływały agresję emocjonalną
    sprawiały, że byłam gotowa się rozwieść
    I nie dlatego, że on się zmienił.
    Tylko dlatego, że ja nie byłam sobą.
    I to był ten moment, w którym coś mi przestało pasować.
    Bo można się wkurzać.
    Ale ja nie poznawałam własnych reakcji.
    Olśnienie: „a może… lekarz?”
    I wtedy mnie olśniło.
    Nie dramatycznie.
    Raczej cicho:
    „A może ja powinnam iść do lekarza?”
    W UK czas zatrzymał się na covidzie, więc:
    lekarz – tak
    ale przez telefon
    Nie wytrzymałam.
    Rozpłakałam się.
    Dzięki temu dostałam wizytę.
    Która… prawie się nie odbyła, bo lekarz średnio mnie słuchał.
    Ale.
    Na szczęście.
    Dał skierowanie na szczegółowe badania.
    Krew – poziom expert
    Idę do przychodni.
    Pobranie krwi.
    Pani szuka żył.
    Nie znajduje.
    W tym momencie miałam wrażenie, że:
    ona właśnie skończyła kurs online
    ja jestem jej pierwszym żywym człowiekiem
    Dostałam papierek do ręki i komunikat:
    „Proszę udać się do szpitala.”
    I tak oto ja, w środku menopauzalnego chaosu, wędrowałam po UK z kartką jak pielgrzym.
    Teraz czekam na wyniki
    I zobaczymy, co tam wyjdzie.
    Hormony?
    Tarczyca?
    Menopauza pełną parą?
    Jedno wiem na pewno.
    Jeśli myślisz, że „to jeszcze nie ten wiek”
    A coś z Tobą jest nie tak:
    emocje są nie Twoje
    ciało wariuje
    głowa robi rzeczy, których nie poznajesz
    👉 zrób badania.
    Bo stan, w którym potrafimy się znaleźć, nie jest fajny dla nas.
    A już w ogóle nie jest fajny dla faceta, który nie wie,
    czy ma:
    przeprosić
    uciekać
    czy zadzwonić po pomoc.
    Mój wniosek, najważniejszy:
    Menopauza nie zawsze wchodzi drzwiami.
    Czasem włamuje się oknem,
    podpala kuchnię
    i rozwala małżeństwo po drodze.
    I to nie jest Twoja wina.
    Jeśli dotrwałaś do końca, to powiedz mi jedno:
    Czy Ty też miałaś moment, w którym pomyślałaś:
    „to już chyba nie jestem ja”?
    Jeśli tak – serio, nie jesteś sama.
    I warto się temu przyjrzeć, zanim wszystko zacznie się sypać.

    Looking back now, I know one thing for sure:
    this didn’t start in December.
    It started years earlier — I just didn’t know what I was looking at.
    A few years ago – the moment I ignored
    After a haemorrhage and a follow-up appointment post-colposcopy, I went private to see a gynaecologist.
    He did a transvaginal ultrasound, went quiet for a moment and then said:
    “Your follicles are disappearing. You’re unlikely to have more children.”
    I was 40 at the time.
    And honestly?
    👉 I didn’t care.
    I already have three children.
    I wasn’t planning any more.
    End of story, right?
    Wrong.
    That was just the opening scene.
    The “sometimes I have a period, sometimes I don’t” phase
    For a long time, my period behaved like it had commitment issues:
    one month yes
    next month no
    sometimes barely there
    sometimes completely missing
    But who worries about that?
    Life is stressful.
    Work is demanding.
    We live in the UK.
    That’s normal… right?
    Apparently not.
    Last year: pain that wiped me out
    Then came the pain.
    Not cramps.
    Not discomfort.
    The kind of pain that:
    makes you sit down
    breathe through it
    and seriously question your life choices
    But again — I explained it away:
    maybe a cyst
    maybe stress
    maybe a one-off
    Women are experts at minimising warning signs.
    December. Everything exploded.
    From December onwards, I got the full premium package:
    🔥 Hot flushes
    In winter.
    Indoors.
    With no warning.
    Like someone switched the oven on inside my body.
    🧠 Brain fog
    So bad I almost burned the house down because I forgot to turn off the gas under a saucepan.
    I stood there staring at it like I’d never seen fire before.
    💇‍♀️ Hair loss
    I lost half my hair.
    Not a new hairstyle.
    Actual loss.
    😴 Sleep
    Falling asleep? Easy.
    Waking up at 3–4am? Every single night.
    My brain immediately starting a documentary called “Everything You’ve Ever Done Wrong”.
    My favourite lie: “It’s just the calorie deficit”
    Because I’ve been working on my body, exercising and watching what I eat, I told myself:
    “This must be the calorie deficit. Not menopause.”
    It sounded logical.
    It felt responsible.
    It was completely wrong.
    The thoughts that weren’t mine
    This was the scariest part.
    My thoughts turned dark and destructive.
    Simple conversations with my husband became unbearable.
    His decisions made me:
    furious
    overwhelmed
    ready to divorce him on the spot
    And the key thing?
    👉 He hadn’t changed. I had.
    I didn’t recognise my reactions.
    That’s when the alarm finally went off.
    The moment of clarity: “Maybe I need a doctor”
    Quietly.
    Not dramatically.
    Just a thought:
    “Something is really wrong. Maybe I need help.”
    In the UK, time still seems frozen in the COVID era, so:
    yes, GP
    but by phone
    I didn’t make it through the call without crying.
    That’s how I got an appointment.
    Which almost didn’t happen — because the doctor barely listened.
    But eventually, I was given referrals for detailed blood tests.
    Blood tests: UK edition
    I went to my GP surgery for bloods.
    The nurse couldn’t find a vein.
    At all.
    At that point I genuinely wondered if:
    she’d just completed an online course
    and I was her first real patient
    She handed me a piece of paper and said:
    “You’ll need to go to the hospital.”
    So there I was — menopausal, exhausted, emotional —
    wandering through the UK healthcare system with a piece of paper like a pilgrim.
    Now I’m waiting for results
    Hormones.
    Thyroid.
    Everything.
    We’ll see what comes back.
    But here’s what I already know.
    If you think you’re “too young for menopause”
    But something feels wrong:
    your emotions don’t feel like yours
    your body is doing strange things
    your mind is not your safe place anymore
    👉 Get tested.
    Because the state we can end up in isn’t pleasant for us —
    and it’s absolutely terrifying for a man who has no idea
    whether to:
    apologise
    leave the room
    or call an ambulance.
    My biggest conclusion
    Menopause doesn’t always knock politely.
    Sometimes it:
    breaks in through the window
    sets the kitchen on fire
    and almost destroys your marriage on the way in
    And none of that means you’re weak.
    Or dramatic.
    Or “losing it”.
    One last question
    Have you ever had a moment where you thought: “This doesn’t feel like me anymore”?
    If yes — you’re not alone.
    And it’s worth listening to that feeling before everything starts falling apart.

  • JAK UCZYŁAM SIĘ ANGIELSKIEGO, NIE ZNAJĄC ANGIELSKIEGO (I PRAWIE MI TO WYSZŁO)

    Jeśli kiedykolwiek myślałaś, że masz małe „angielskie problemy”, to usiądź, zapnij pasy i przygotuj się na historię o tym, jak człowiek z ambicją, sercem i absolutnym brakiem słownictwa może wejść do jednego z najbardziej multikulturowych miejsc na mapie UK – kuchni w Ivy Collection – i jeszcze z niej wyjść żywy.

    „Jak już znalazłam w miarę bezpieczny kąt w tej całej angielskiej rzeczywistości, to postanowiłam Wam opowiedzieć, jak wyglądał mój ‘angielski’ i jak ja się w ogóle jego uczyłam. Tak, wiem – już brzmi jak komedia!”

    Bo jeśli chcesz wiedzieć, jak przeżyć w UK, znając tylko „yes”, „no”, „sorry” i „toilet”,
    to czytaj dalej, bo ja właśnie wtedy takim poziomem operowałam.

    A jednak…
    Nie zginęłam.
    Nie zwolnili mnie.
    A nawet… nauczyłam się angielskiego tak dziwnie, że Google Translate do dziś piszczy, jak widzi moje wyszukiwania.


    🔸 A TERAZ WCHODZIMY W AKCJĘ…

    1. Ivy Collection – czyli ja wchodzę, patrzę, i już chcę wyjść

    Kiedy przyszłam na pierwszą zmianę, to miałam wrażenie, że weszłam do kuchennego ONZ:

    Niemiec – head chef

    Indyjczyk – drugi po nim

    kilkunastu muzułmanów

    Ebele z Afryki

    Portugalczycy

    Hiszpanie

    a ja… Ladybug z Polski, z angielskim poziomu „baby shark tu tu tu tu tu tu”.


    I wiecie co?
    Nikt tam się nie zdziwił.

    Bo w UK jest jedna uniwersalna zasada:
    „If you breathe, you work.”

    A ja oddychałam całkiem nieźle, więc dawali mi robotę.



    **2. Mój mózg: 1000 obrotów na minutę.

    Mój angielski: obroty jak w rowerze bez łańcucha**

    Ja naprawdę mam szybki mózg.
    Za szybki czasami.

    Ale jak coś słyszałam po angielsku, to w mózgu działo się to:

    dźwięki leciały

    w głowie cisza

    ja patrzę

    oni patrzą

    i ja się uśmiecham


    Bo co innego mogłam zrobić?

    Jak oni się śmiali – ja też się śmiałam.
    Jak oni byli źli – robiłam poważną minę.
    Jak krzyczeli – też udawałam, że wiem o co chodzi.

    Normalnie jak papuga, tylko bez kolorów.



    3. Przez pierwsze tygodnie byłam mistrzem… udawania

    Dali mnie na zaplecze.
    Tam miałam kroić, układać, przygotowywać…
    Zero rozmów.
    Zero presji.

    Święty spokój.

    A jak już ktoś chciał ze mną gadać, to padało coś takiego:

    — „Can you bring me scissors?”
    A ja:

    — „Yes, yes, of course!”

    I szłam.

    Szłam tak długo, aż ktoś poszedł za mną i mi je pokazał.

    Bo ja nie wiedziałam, że „scissors” to nożyczki.
    Ja myślałam, że może jakiś sos, garnek, jutro, nie wiem.

    120% improwizacji.

    Ale wyglądałam pewnie, więc się nikt nie czepiał.



    **4. Mój system nauki angielskiego –

    czyli „udawaj, aż ktoś ci powie, o co chodzi”**

    Każde nowe słowo uczyłam się tak:

    1. oni coś mówili


    2. ja udawałam, że wiem


    3. wracałam z pustymi rękami


    4. mówiłam: „I don’t see, help me please”


    5. oni szli i pokazywali palcem


    6. „Aaaa, to O TO chodzilo!”



    System działał.

    Aż do dnia, kiedy…
    postawili mnie na pasie.



    **5. Ladybug jako side chef.

    Czyli: kto wpadł na ten pomysł?!**

    To był dzień, którego nie zapomnę.

    Stoję na pasie.
    Zamówienia lecą jak rakiety.
    A tam:

    „Fries, mash, green beans, run!”

    „Table 42, 5 minutes!”

    „Extra side, swap, delete, check the ticket!”


    A ja stoję jak ciastko bez kremu.

    Sous chef patrzy na mnie i widzę w jego oczach jedno:

    „Kobieto, ty nie jesteś Angielką…”

    Był blady, chyba chwilę liczył w głowie, jak on ma to teraz szefowi wytłumaczyć, że na pasie stoi osoba, która nie wie, czy „beans” to fasolka czy może po prostu forma pozdrowienia.

    Ale chłopak był fajny.
    Westchnął, spojrzał i powiedział:

    — „Ok, we start from beginning.”

    I zaczął mnie uczyć.



    6. I tak zaczęła się moja kariera lingwistyczna

    Sous chef wytłumaczył mi:

    co to „run”

    co to „pick up”

    co to „table”

    co to „side”

    i w końcu – co to „f**k sakes” (tego używali najczęściej)


    Zmieniało to wszystko?
    NIE.

    Ale przynajmniej wiedziałam, kiedy mam się ruszać szybciej.



    7. Breakfast chef – drugi wybawiciel

    Wszystko, czego nauczył mnie sous chef, on powtarzał ze mną rano.

    Czasem mówił: — „Eliza, but you cannot say ‘fak sejk’ to guests.”

    A ja: — „But everyone in kitchen says this!”

    On tylko złapał się za głowę.

    Educated man.
    Ja nie.


    8. A potem była Ebele – moja czarna perła chaosu

    Ebele była jak TikTok – głośna, szybka, nieprzewidywalna.

    Kiedy ja mówiłam:

    — „I need the… this… thing… you know… frying pan… maybe?”

    Ona: — „Girl, what did you just say? Oh my God. Try again.”

    I śmiała się DO ŁEZ.

    Ale poprawiała mnie.
    Metoda „śmiech + poprawka” działała, bo ja chciałam mówić tak, żeby jej nie robić show za każdym razem.



    9. Szkolenia online – dramat, komedia, horror

    W Ivy każdy musiał robić szkolenia online.
    Do zrobienia 12 testów.

    Myślę: no problem.

    Otwieram na telefonie.
    Pierwsza strona.
    Jest dużo angielskiego.
    Dobra, tłumaczę przez Google.

    Test robię „na logikę”, bo kuchnię znam.

    Wynik:

    ❌ 0/10
    ❌ 1/10
    ❌ „fail”
    ❌ „fail again”
    ❌ „try again”
    ❌ „seriously?”

    Powtarzałam te testy tyle razy, że telefon mnie nienawidził.

    W końcu sous chef patrzy na mnie i mówi:

    — „Give me your phone.”

    I chłop zrobił wszystko za mnie.

    DOSŁOWNIE.



    10. Gdyby nie oni, byłabym do dziś na zmywaku (i pewnie z dumą)

    Ten niemiecki head chef nie zwolnił mnie tylko dlatego, że byłam szybka, cicha i nie pyskowałam.

    Sous chef mnie chronił.

    Breakfast chef mnie pilnował.

    Ebele mnie wyśmiewała, ale z miłości.

    A reszta ludzi patrzyła na mnie jak na mema, który biega po kuchni z energią ADHD i angielskim w stylu „me no understand but I work”.



    🔸 11. I tak właśnie nauczyłam się angielskiego.

    Nie z książek.
    Nie z kursów.
    Nie z Duolingo, co krzyczy, że „Eliza, you missed your streak”.

    Tylko z:

    wstydu

    konieczności

    udawania

    i ludzi, którzy mieli cierpliwość większą niż IKEA do polskich klientów



    12. I wiesz co? Jestem im wdzięczna.

    Bo gdyby nie tamta kuchnia, ja bym dziś w UK żyła na poziomie:

    — „Cofe, milk, sugar, thank you bye.”

    A dzisiaj radzę sobie, gadam, prowadzę live’y, piszę bloga, nagrywam filmy,
    i jeszcze kłócę się z mężem po angielsku, jak mi ktoś drogę zajedzie.

    Rozwój pełną parą.



    🔥 PUENTA

    Bo w życiu tak jest:

    Najpierw udajesz, że wiesz co robisz…
    …a potem naprawdę wiesz.

    I tak się rodzi emigrantka Ladybug.

    Ivy Marylebone – my first job in the UK.
    These pictures are only for reference, not the actual restaurant.

    HOW I LEARNED ENGLISH WITHOUT KNOWING ENGLISH (AND SOMEHOW SURVIVED)

    If you’ve ever worried that your English isn’t good enough to survive in the UK, sit down, grab a drink, and relax.
    Because after this story, you’ll realise one thing — whatever your English level is, I PROMISE you, I started lower. Much lower. Basement level. Minus five.

    Once I finally found a corner in the UK where I felt somewhat safe and stable, I decided it’s time to tell you how my English really looked — and how I actually learned it. Spoiler: it was chaotic, embarrassing, and surprisingly effective.

    Because if you want to know how to survive in the UK knowing only “sorry”, “yes”, “no”, and “toilet”,
    then buckle up — this is my masterclass.

    🔸 1. Ivy Marylebone — my first job, my first panic attack

    Walking into Ivy Marylebone for my first shift felt like walking into the United Nations of the kitchen world.

    The head chef was German

    His second-in-command was Indian

    Half the kitchen was Muslim

    Ebele from Africa ruled the evening shift

    Then the Spanish, Portuguese, Romanian crew…

    And then me — Ladybug from Poland, speaking English like a toddler with a blocked nose


    Nobody was surprised.

    Because in the UK there is one golden rule:

    “If you breathe, you work.”

    And I was breathing, so congratulations to me — employment unlocked.



    🔸 2. My brain vs. my English

    I have a fast brain. Too fast sometimes.

    But when someone spoke English to me, THIS is what happened inside my head:

    words were flying around

    ears were listening

    brain: silence

    me: smiling politely

    them: waiting for a reaction

    me: still smiling politely


    If they laughed — I laughed.
    If they were serious — I was serious.
    If they shouted — I pretended I understood why.

    I was basically a human mirror.

    A very confused one.


    🔸 3. For the first two weeks, I was a master of pretending

    They put me in the back room first.
    Chopping, prepping, organising.
    No talking.
    No pressure.

    Heaven.

    But sometimes someone came in and said:

    — “Can you bring me scissors?”
    And I was like:

    — “Yes, yes, of course!”

    Did I know what scissors were?
    Absolutely not.

    I walked around the room like Dora the Explorer without the backpack, waiting until someone followed me and pointed:

    — “Here.”

    And boom — new vocabulary unlocked.

    “Scissors.”
    Thank you, life.

    Not a bad system.
    Worked for two weeks straight.

    Until…



    🔸 **4. The day they put me on the pass —

    the day I almost died inside**

    One morning they told me:

    — “You go on the pass today, side chef.”

    Me.
    On the pass.
    Where English words come faster than my thoughts.

    Orders started printing:

    “Fries, mash, sautéed greens, run now!”

    “Table 42, five minutes!”

    “Swap this, delete that, two sides extra!”


    And I stood there like a meatball with no sauce.

    Sous chef looked at me.
    I looked at him.
    I saw in his eyes:

    “She’s not English…”

    He blinked slowly.
    Probably calculating how to explain to the head chef that they accidentally hired a person who thought “beans” might be the word for “plates”.

    But thank God, he was a good man.

    He sighed and said:

    — “Okay. We start from the beginning.”

    And that’s when the real English lessons began.



    🔸 5. My private English teacher – sous chef

    He taught me kitchen survival words:

    “run”

    “pick up”

    “table”

    “side”

    and the most useful: “for f* sake”**


    Very important.
    Used every five minutes.

    It didn’t solve everything…
    But at least I knew WHEN to panic.



    🔸 6. Breakfast chef — teacher number two

    Everything sous chef taught me, breakfast chef repeated in the morning.

    Sometimes he said:

    — “Eliza, you cannot say ‘fak sejk’ to guests.”

    And I said:

    — “But everyone in the kitchen says it!”

    He looked at me like a disappointed father.



    🔸 **7. And then came Ebele —

    the woman who laughed AND taught**

    Ebele was like TikTok energy in human form.

    When I tried to speak and said:

    — “I need… this… thing… frying pan maybe? I don’t know…”

    She exploded into laughter:

    — “Oh my God, girl, what did you just say? Try again.”

    But she corrected me.
    Every time.

    And laughing at myself helped.
    A lot.



    🔸 8. The horror of online trainings

    In Ivy, everyone had to pass several online trainings.

    Easy, right?
    I thought so.

    Opened the first one.
    So much English.
    So many questions.

    I translated the whole thing in Google Translate
    and answered using logic
    because HELLO — I’m a chef, I know what I’m doing.

    Result?

    ❌ fail
    ❌ fail
    ❌ fail
    ❌ fail again
    ❌ “try again”
    ❌ “seriously?”

    At some point my phone started vibrating like it wanted to run away from me.

    Sous chef came over, watched me struggle for 10 seconds and said:

    — “Give me your phone.”

    And he passed everything in five minutes.



    🔸 9. Without them, I would still be on the dishwasher

    Honestly?

    If it wasn’t for:

    German head chef who didn’t sack me

    Indian sous chef who basically adopted me

    breakfast chef who stopped me from swearing at guests

    Ebele who laughed me into fluency

    the whole team who tolerated me


    … I’d still be in the back polishing cutlery.



    🔸 **10. But I learned English.

    Not from textbooks.
    Not from Duolingo.**

    I learned it from:

    embarrassment

    necessity

    watching people’s reactions

    guessing

    trusting strangers

    and failing 500 times a week


    And that’s the truth about learning English abroad.

    You learn it
    because you must,
    not because you planned it.



    🔸 11. And today?

    I speak.
    I write.
    I create content.
    I argue with British drivers when they cut me off.
    I fight with customer service.
    I negotiate in shops.
    I run live videos.

    From “scissors?” to “Let me explain to you exactly what went wrong, sir.”

    Progress.



    🔥 THE MORAL OF THE STORY

    First you pretend you know what you’re doing…
    Then one day, you actually do.

    And that, my friend, is how Ladybug became a bilingual emigrant.

  • 👇scroll down for English 👇

    Witajcie. Czas na część trzecią mojej londyńskiej telenoweli.

    Wybaczcie przerwę — życie mnie wczoraj zjadło na surowo i nawet nie doprawiło.
    Ale wracam.

    Dziś ciąg dalszy opowieści o tym, jak to jest znaleźć się w Londynie z dwoma pracami, jednym kątem do spania, zerem pieniędzy, wielką naiwnością i jeszcze większym chaosem w głowie.

    Tak, to będzie dobra historia.
    Taka, że będziecie czytać i myśleć:

    „Boże, Eliza… jak ty jeszcze żyjesz?”

    Ja też czasem nie wiem.



    ⭐ Rozdział 3 – Gdy życie mówi: „Pomogę ci”… ale chce prowizję

    Jak wiecie z poprzedniej części — ogarnęłam dwie prace, konto w banku i przetrwałam londyńską odyseję 15 mil bez pieniędzy i mapy.
    Już wtedy powinnam dostać medal, order, jakiś grant na przetrwanie albo chociaż darmową kawę.

    Ale nie.
    Londyn miał dla mnie inne niespodzianki.

    Bo choć prace miałam ogarnięte, mieszkanie — nadal było u tej pary, która na początku dała mi „ciepły, rodzinny” komunikat:

    — „Po co ją tu przywiozłeś?”

    Jak ktoś tak zaczyna, to wiadomo, że nie będzie to relacja, w której razem będziemy sadzić kwiatki i piec ciasto marchewkowe.
    Ale życie wtedy było proste:
    nie mam gdzie mieszkać → więc mieszkam tam, gdzie mnie przygarną, nawet jeśli patrzą, jakbym miała im ukraść dywan.

    Przez pierwsze tygodnie było… no, dziwnie.
    Zimno emocjonalnie jak w lodówce z mrożonkami, ale dało się oddychać.

    Aż w końcu — coś się w niej zmieniło.

    Zaczęła… mięknąć?

    Zaczęła pomagać?

    Myślałam:
    „Może jednak ludzie nie są źli. Może miała gorszy dzień. Może przesadzałam.”

    Ona zaczęła być miła.
    On czasem się nawet uśmiechnął.
    Kupili mi jedzenie.
    Pomogli z transportem.
    I najważniejsze — kupili mi Oyster.

    Jeśli ktoś nie wie — Oyster to taka migawka na metro i pociągi.
    Plastikowa karta, która ratuje życie każdemu emigrantowi, który jeszcze nie nauczył się płakać pod bankomatem.

    I wtedy naprawdę myślałam, że los mi sprzyja.

    Dach nad głową.
    Jedzenie w lodówce.
    Karta na transport.
    Praca w The Ivy i sprzątanie.
    Zaczynałam coś w rodzaju życia.

    Aż w końcu przyszedł TEN DZIEŃ.

    Dzień wypłaty.



    ⭐ Dostałam pierwsze pieniądze. I wtedy zaczęło się piekło.

    W UK jest taki system, że część firm płaci co cztery tygodnie, nie co miesiąc.
    Czyli niby logicznie, niby systemowo, niby normalnie…

    Tylko dla mnie — świeżej emigrantki — to znaczyło jedno:

    CZTERY TYGODNIE ŻYCIA BEZ KASY.

    Kogo to nie załamie?

    A więc gdy przyszedł dzień wypłaty, poczułam jakby ktoś wbił mi skrzydła w plecy.

    Dostałam pieniądze z jednej pracy.
    I z drugiej.

    Czyli szok — miałam kasę.

    I jak to ja — głupia, ufna, szczera jak pół litra na stole —
    powiedziałam im, ile dostałam.

    Tak, wiem. Wiem. Wiem.
    To był błąd.
    Wtedy nie wiedziałam.
    Dziś, gdyby ktoś mnie zapytał o wypłatę, powiedziałabym:

    — „A skąd ja mam wiedzieć? Przecież ja nie liczę, ja tylko wydaję.”

    Ale wtedy… inna ja.

    Oddałam im pieniądze za miesiąc do przodu.
    Wszystko uczciwie.

    A oni?

    Zaczęli szeptać.

    Knuli.
    Rozmawiali między sobą, uciszali się, gdy wchodziłam.
    Zmieniali ton.
    Patrzyli inaczej.

    Wiecie… ja naprawdę byłam naiwna, ale nie aż tak.

    Coś było nie tak.
    Czułam to w kościach.



    ⭐ Kierowniczka ratuje moje życie

    I wtedy stało się coś niespodziewanego.
    Moja kierowniczka ze sprzątania — ta sama, która była też ich kierowniczką — podeszła do mnie pewnego dnia i mówi:

    — „Eliza, oni coś knują. Uważaj.”

    I zaczęła mi wszystko tłumaczyć.

    On — miał problem z narkotykami.
    Znikał na całe noce.
    Ona ciągle na niego narzekała.
    Kłócili się za ścianą.

    A teraz wpadli na pomysł życia:

    Zarabiać na mnie.

    Plan był prosty:

    ✔ podwyższyć mi czynsz
    ✔ wziąć więcej za „pomoc”
    ✔ wycisnąć ze mnie ile się da

    Tylko że… oni nigdy mi o tym nie powiedzieli.

    Gadali o tym ZA MOIMI plecami.

    I to był moment, w którym mój mózg zrobił:

    — Aha. Czyli ja tu długo nie zostanę.

    I całe szczęście.



    ⭐ Operacja: Ucieczka z mieszkania

    Zaczęłam szukać pokoju.
    Na szybko.
    W panice.
    W stresie, który aż drżał na rękach.

    Napisałam pierwsze lepsze ogłoszenie na Facebooku:

    „Jestem zainteresowana box room”

    Dla niewtajemniczonych:

    Box room to pomieszczenie wielkości kartonu po pralce.
    Takie coś jak:

    ✔ zmieści się łóżko
    ✔ zmieści się twoje ciało
    ✔ ale twoje marzenia muszą spać na korytarzu

    Ale dla emigranta — box room to luksus.
    Bo jest twoje.
    Bo nikt nie stoi nad tobą i nie mówi „po co ją tu przywiozłeś”.

    Umówiłam się obejrzeć pokój.

    Pojechałam.

    I była ze mną tylko jedna myśl:

    „Nie wrócę do tamtego domu, nawet gdyby mieli mi tam rozdawać złoto.”


    ⭐ Oglądanie pokoju: ja mówię jak karabin maszynowy

    Dojechałam.
    Stres taki, że nawet nie czułam własnych nóg.

    Otworzyli drzwi.

    A ja?

    Zamiast zachować spokój, obejrzeć pokój, pomyśleć racjonalnie…

    Zaczęłam gadać.

    Gadać bez sensu.
    Gadać szybko.
    Gadać o wszystkim i o niczym.
    Jakby ktoś mnie nakręcił kluczykiem od tyłu.

    Serio.
    Mogłabym wtedy opowiedzieć im cały życiorys, przepis na bigos i teorię względności.
    Nawet nie wiem, czy patrzyłam na ten pokój.

    Oni patrzyli na mnie jak na zjawisko pogodowe:
    zaskoczenie, współczucie i lekki strach.

    Ale następnego dnia…

    Zadzwonili.

    — „Możesz się wprowadzać.”

    I wiecie co zrobiłam?

    Nie czekałam ani minuty.

    Wróciłam, spakowałam swoje rzeczy w tempie olimpijskim i UCIEKŁAM.


    ⭐ NOWY DOM — NOWA NIESPODZIANKA

    Wnoszę rzeczy.
    Stawiam torby.
    Siadam w kuchni, żeby chwilę ochłonąć.

    Patrzę na ludzi.

    Oni patrzą na mnie.

    Rozmawiamy.

    I po jakichś piętnastu minutach rozmowy…

    Dociera do mnie:

    To jest rodzina cyganów.
    Pełnoprawna, wesoła, głośna, energiczna cygańska rodzina dorabiająca sobie wynajmem pokoju.

    A ja tylko w głowie:

    — „No kurwa… znowu. ZNOWU się w coś władowałam.”

    Bo gdy myślisz, że życie już wystawiło cię na atak paniki,
    to ono ci mówi:

    „Przytrzymaj moje piwo.”



    ⭐ Ale wiecie co?

    Dziś, po latach, wiem jedno:

    To wszystko — te pomyłki, te ucieczki, te chore sytuacje, te emocje, te strachy —
    to były cegły, z których zbudowałam siebie.

    Nie zawsze ładne.
    Nie zawsze równe.
    Nie zawsze stabilne.

    Ale moje.

    I dzięki nim dziś mogę opowiadać te historie tak, że Wy czytacie, śmiejecie się, wzruszacie i zastanawiacie się:

    „Jak ta kobieta jeszcze chodzi po ziemi?”

    A odpowiedź jest prosta:

    Bo musiałam.
    Bo nie miałam wyjścia.
    Bo byłam sama w londyńskim labiryncie, gdzie wszyscy biegli, a ja próbowałam nie zostać rozjechana.

    I wiecie co?

    Dałam radę.

    Chociaż czasem sama nie wiem jak.

    London Bridge

    Hello everyone,
    and forgive me for going silent for a moment.

    Yesterday I gave you a short glimpse of what happened in the early days of my London adventure.
    Today we’re diving right back into that messy, chaotic chapter of my life —
    because two people asked for “the continuation,”
    and when women say they want the rest of the story,
    you deliver… even if your soul today feels like a microwaved potato.

    So here it is.
    Part three of my London survival saga.



    ⭐ Chapter 3 — When Life Says “I’ll Help You”… but Then Sends You the Invoice

    As you know, I had already landed two jobs.
    I had opened a bank account.
    And I was still living with that couple — the same couple who welcomed me with the warm, friendly line:

    “Why did you bring her here?”

    Beautiful beginning to a new life, isn’t it?

    But I stayed, because when you arrive in a foreign country with basically nothing,
    you don’t have the luxury of being picky.
    You just take whatever roof is offered and hope it doesn’t collapse on your head.

    At first, the atmosphere in that house was cold.
    Ice cold.
    The kind of cold you feel not on your skin, but in your self-esteem.

    But after a while, something shifted.
    The woman who initially wanted to pack me back to Poland suddenly softened.
    She started talking to me like a human.
    Helping me.
    Even caring, in a weird way.

    They bought me food.
    They bought me an Oyster card — a travel pass that basically saves your kidneys, because without it, single metro tickets cost like you’re paying off national debt.
    They gave me a roof, electricity, warmth.

    It wasn’t glamorous, but it was enough to survive.

    And then… the day of my first paycheck arrived.


    ⭐ Two jobs, two paychecks… and the beginning of the chaos

    Here’s the thing nobody told me:

    Both jobs paid every four weeks.

    Not monthly.
    Every. Four. Weeks.

    Which meant I had to survive a full month in London —
    LONDON —
    with zero money.

    So when payday finally came, I felt like someone had handed me the keys to life again.

    I got paid from the restaurant cleaning job.
    I got paid from The Ivy.

    I was proud.
    Exhausted, but proud.

    And because I am (as my husband kindly says) too trusting for this world,
    I told them exactly how much I earned.

    You can already hear the dramatic music, right?

    I paid them for the next month in advance.
    Everything fair and square.

    And that’s when it happened.

    They started whispering.
    Talking behind my back.
    Stopping conversations when I walked in.
    Lowering their voices.
    Exchanging looks.

    I wasn’t stupid.
    Naive? Yes.
    Stupid? Not entirely.

    Something was wrong.

    And the confirmation came from the most unexpected place.


    ⭐ The manager who saved my sanity

    My cleaning job manager — who, by the way, was also their manager — pulled me aside one day.

    She looked at me seriously and said:

    “Eliza, they’re planning something. Be careful.”

    And then she explained everything.

    The man had a drug problem.
    He would disappear for nights and days.
    The woman complained about him constantly.
    Their lives were a ticking time bomb.

    And now, they had come up with a genius plan:

    Make money off me.

    They wanted to raise my rent.
    Charge me more for “helping” me.
    Increase everything they could.

    Not to talk to me.
    Not to be honest.
    Not to ask.

    But to scheme behind my back.

    And that was all I needed to hear.



    ⭐ Escape mission: Activated

    I decided I wasn’t staying another minute in that house.

    I didn’t wait to see how ugly things could get.
    I didn’t wait to be confronted or manipulated.
    I didn’t wait for the inevitable “we’ve been thinking, and we need more money.”

    Nope.

    I opened Facebook Marketplace and messaged the first ad I saw:

    “Is the box room available?”

    Now, for those who don’t know:

    ⭐ A box room

    is basically a room the size of a coffin with a window.

    A single bed fits.
    Maybe a wardrobe the width of your thigh.
    And if you want to turn around, you need to plan your strategy five seconds earlier.

    But on emigration?
    A box room is freedom.
    Because it’s yours.

    I went to see it the same day.


    ⭐ Viewing the room: I talked like a machine gun

    I was so stressed I couldn’t breathe.

    They opened the door…
    and I started talking.

    Talking fast, talking nonsense, talking like a woman who hasn’t spoken to another polite human being in weeks.

    I didn’t even look at the room properly.
    I just babbled.

    I could have told them my childhood trauma, my blood type, and a recipe for pierogi — I was that nervous.

    But guess what?

    The next day…

    They called.

    — “You can move in.”

    I didn’t even celebrate.
    I ran.

    I packed my things in record time — Olympic-level speed — and I escaped that house before they finished their morning coffee.

    I didn’t look back.


    ⭐ And then… the plot twist

    I moved in.
    Brought my bags.
    Unpacked.
    Sat in the kitchen with my new landlords and tenants.

    We talked.

    Five minutes.
    Ten minutes.
    Fifteen.

    And then it hit me.

    Like a brick.
    Like a punchline.
    Like karma saying: “You thought you were done? HA!”

    They were…

    a Gypsy family.

    A lovely one, but still — a full, loud, lively, expressive Gypsy family renting rooms to make ends meet.

    And I sat there thinking:

    “For fuck’s sake… HERE we go again.”

    Because London doesn’t give you a break.
    It gives you content.
    Material.
    Stories.
    And sometimes heart palpitations.



    ⭐ But here’s the truth

    Every mistake.
    Every wrong turn.
    Every stupid decision.
    Every panic-filled escape.
    Every person I met — good or bad.
    Every room, every job, every sleepless night.

    All of it built the woman I am now.

    Not perfect.
    Not polished.
    Not soft.

    But strong.
    Sharp.
    Resilient.

    My walls may have cracks, but damn — they’re standing.

    And that’s why you can read these stories now, shake your head, laugh, feel, remember your own beginnings…
    and think:

    “How is this woman still alive?”

    Honestly?

    Sometimes I wonder the same.

    But here I am.

    Still standing.
    Still writing.
    Still surviving.
    Still finding humour in disasters.
    Still turning chaos into stories.

    And that, my dear readers,
    is how London taught me my very first big lesson:

    People will help you…
    until helping you stops benefiting them.

    And when that moment comes —
    pack your bags,
    trust your gut,
    and run.